Pomysł na niesamowity Eurotrip szlakiem włoskiej motoryzacji w 11 dni

Drugi w naszej historii eurotrip, który chcę opisać to wycieczka śladami włoskiej motoryzacji. Część z miejsc opisaliśmy już w innych wpisach, do których odnośniki znajdziecie poniżej. Pozostałe opiszę w tym wpisie, ale przede wszystkim znajdziecie tutaj plan naszej podróży, gotowy do zaimplementowania np. podczas najbliższego letniego urlopu.

Przedstawiam pomysł na niesamowity eurotrip szlakiem włoskiej motoryzacji w 11 dni.

Trasa: Warszawa – Wiedeń – Modena – Maranello – Sant’Agata Bolognese – Bolonia – Brisighella – Dozza – Rimini – San Marino – Comacchio – Baden bei Wien – Warszawa

Liczba dni wakacji: 11 dni

Dystans w km: ok. 3200 km

Sezon: letni (koniec lipca/początek sierpnia)

Czas start. Ruszamy z Warszawy do Wiednia

Typowo dla nas z Warszawy wyruszyliśmy nie w weekend, a w środku tygodnia, czyli we wtorek 🙂 Tak już mamy, że wolimy unikać sobotnio-niedzielnej wakacyjnej pielgrzymki ludów. Na pierwszy cel obraliśmy Wiedeń. Dzień zapowiadał się upalnie i jak się okazało, taki też był. Piękna pogoda i niebieskie niebo towarzyszyły nam przez całą trasę po Polsce, przez Czechy, aż do Austrii i Wiednia.

Warszawa – Wiedeń: 682 km

Wiedeń widziany z wysokości

Ponieważ w Wiedniu gościliśmy już parokrotnie, tym razem postanowiliśmy odwiedzić słynne wesołe miasteczko Prater. Dotarliśmy tam około 14:00. Pomimo niemiłosiernego upału, chętnych i głodnych wrażeń turystów nie brakowało. Jak tylko zobaczyłam ogrom otaczających nas kolejek górskich, wyrzutni, karuzel i innych diabelskich maszyn, od razu utwierdziłam się w przekonaniu, że moja skłonność do ryzyka drastycznie spadła. Wręcz zrównała się z poziomem gruntu. No ale skoro już tutaj jesteśmy, trzeba się rozejrzeć.

Na rozgrzewkę wybraliśmy się na młyńskie koło, to mniejsze, przeznaczone do podziwiania widoków. I owszem widoki były piękne, a i pogoda wyjątkowo nam sprzyjała. Nie zmienia to faktu, że wysokość, na jakiej się znaleźliśmy, jeszcze bardziej pozbawiła mnie rezonu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Potem było już lepiej. Stałam na ziemi i z bezpiecznej odległości podziwiałam, jak liczne wyrzutnie i huśtawki wynoszą śmiałków na nieakceptowalną wręcz wysokość i podrzucają w każdym możliwym kierunku.

Kończąc spacer, odważyliśmy się na szalony krok. Z drżeniem serca i kończyn weszliśmy na kolejkę górską. Jazda była iście diabelska, żołądek podchodził do gardła, zęby zaciskały się samoistnie, a z gardeł wydobywał się dziki ryk. Aż ciężko było złapać oddech. Przeżyliśmy tę jazdę bez trzymanki, dumni z tego, że zaliczyliśmy jedyną w swoim rodzaju najmniejszą mini kolejeczkę górską w całym Praterze! 😉

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co było potem, z tych emocji już chyba nie pamiętam, ale zameldowani byliśmy w hoteliku przy autostradzie. Oszczędzaliśmy pieniądze na włoskie motoryzacyjne szaleństwa, toteż miało być przyzwoicie, ale budżetowo. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że upał przekraczał 30, a może 40 stopni. Hotel był pokryty blachą, a pokój nie miał klimatyzacji – kto by oczekiwał klimatyzacji pod Wiedniem!? Serio, nie pomyśleliśmy o tym. Noc spędziliśmy przykryci mokrymi ręcznikami, ledwo dysząc, z lekko uchylonym okienkiem nad drzwiami (bardziej się nie otwierało). Na pozostawienie otwartych drzwi nie starczyło nam odwagi, gdyż w sąsiednich pokojach gościli „przesympatyczni” i bardzo „apetyczni” kierowcy ciężarówek. To była niezapomniana noc! Wspominam tu o niej ku przestrodze. Wyobraźcie sobie, że mimo niewyspania nie mieliśmy najmniejszego problemu z tym, żeby o 6 rano spakować się i wyjść. Ale śniadanko powiem Wam, było pierwsza klasa, to trzeba przyznać 😉

Ruszamy dalej! Następnym punktem na naszej trasie jest Modena.

Modena – tu zaczyna się Ferrari

Modena, ach Modena. Upał nie odpuszczał, klimatyzacja w aucie działała na full, a atmosferę podgrzewały widoki na trasie. Tym razem nie mam na myśli uroków otaczających nas krajobrazów, a liczbę niesamowitych modeli Ferrari, które mijaliśmy na drodze do miasta. Im bardziej zmniejszał się dystans do Modeny, tym prawdopodobieństwo napotkania jakiejś bestii od Ferrari rosło. W końcu stało się, na zwykłej podmiejskiej drodze, bez pobocza spotkaliśmy najnowsze La Ferrari. Zatkało mnie, dosłownie 😀 Już wiedziałam, że będzie fajnie!

Samo miasto wydawało nam się wymarłe, ale to nic dziwnego w taki upał. Mąż wybrał nam prestiżową lokalizację na nocleg, bowiem uroczy hotelik Principe znajdował się w sąsiedztwie Domu Enzo Ferrari. Tam też udaliśmy się zaraz po zameldowaniu. Więcej o samym muzeum przeczytacie tutaj. Ja tylko dodam, że tego dnia mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo akurat tego dnia tuż obok kas muzeum wywiadu udzielał syn twórcy marki Ferrari – Piero Ferrari.

Po wizycie w muzeum niestrudzeni upałem wybraliśmy się na popołudniowy spacer po centrum Modeny (wciąż jakby wymarłego). Skusiliśmy się na zimne piwko w jednej z kawiarni i rozkoszowaliśmy się cudownym wakacyjnym wieczorem. Przed nami było jeszcze całe mnóstwo wrażeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wiedeń – Modena: 787 km

Kolekcja Umberto Panini o poranku

Rankiem kolejnego dnia ruszyliśmy z Modeny do Maranello, gdzie znajduje się słynne muzeum Ferrari. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do pobliskiej posiadłości rodziny Panini. Niepozorna długa droga przecinająca pola zaprowadziła nas do obiektu należącego do słynnej włoskiej rodziny, która swój majątek zgromadziła dzięki produkcji naklejek, a nieco później włoskiego regionalnego sera.

Hobby właścicieli jest jednak ściśle motoryzacyjne, a oni sami dzięki swojej uprzejmości udostępnili do podziwiania wcale nie małą kolekcję wspaniałych modeli aut – głównie Maserati. Naszą wizytę w gospodarstwie Panini opisaliśmy dokładniej tutaj.

Modena – Kolekcja Umberto Panini: 11 km

Jeszcze więcej o Ferrari w Maranello

Zaraz po obejrzeniu i obfotografowaniu kolekcji Maserati pojechaliśmy zgodnie z planem do Maranello. To miasteczko mogłoby z powodzeniem nosić nazwę Ferrari Ville, gdyż nie można tam nie zauważyć wszechobecności marki. Zaczynając od rzeźby konia zdobiącego rondo, poprzez niezliczone wypożyczalnie samochodów tej marki i kończąc na reklamach, plakatach i nagabywaczach na krótkie przejażdżki modelami Ferrari za niebotyczne sumy. My jednak mieliśmy jasno sprecyzowany cel. Odwiedzić muzeum. Mimo wczesnej pory parking przed budynkiem był już prawie zapełniony. Nie pamiętam już, jaki był koszt, ale z pewnością stosownie wysoki 😉

Więcej o tym, co zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy w muzeum Ferrari w Maranello przeczytacie tutaj.

Kolekcja Umberto Panini – Maranello: 16 km

Upalne oczekiwanie w Sant’Agata Bolognese

Niestrudzeni wędrówkami po muzeach i wciąż głodni motoryzacyjnych wrażeń udaliśmy się do Sant’Agata Bolognese – siedziby firmy Lamborghini. Tu, podobnie jak w Modenie, o zbliżającym się celu naszej podróży informowało nas zwiększające się zagęszczenie głośnych i pięknych aut. Spotkaliśmy nawet kilka zamaskowanych jeszcze modeli.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Niestety, zanim było nam dane nacieszyć się ekspozycją Lamborghini, musieliśmy odczekać dwie godziny w niewyobrażalnym upale, kryjąc się przed promieniami słońca w cieniu niewielkiego drzewa. Dlaczego? Wszystkiemu winna włoska siesta, która jest świętością. Jak możecie się domyślać, nie zrezygnowaliśmy i już „za chwilę” kupowaliśmy bilety wstępu. Więcej o samym muzeum poczytacie w artykule.

Maranello – Sant’Agata Bolognese: 35 km

Długie spacery po Bolonii

Nieco zmęczeni zwiedzaniem i wrażeniami, otoczeni rykiem silników Lambo wyjechaliśmy z Sant’Agata do Bolonii. Tam czekały na nas długie piesze wędrówki wzdłuż i wszerz miasta, ale też dłuższa chwila oddechu od jazdy samochodem. Ale zanim, musieliśmy zmierzyć się w Bolonii z trudem odnalezienia wjazdu do naszego hotelu. Jednokierunkowe ulice i strefy zamknięte dla ruchu ulicznego przyprawiły nas o białą gorączkę. Żadna pocztówka z wakacji we Włoszech jednak do nas nie przyszła, więc wygląda na to, że poradziliśmy siebie z tym zadaniem bardzo przyzwoicie.

Nasze spacery po Bolonii i to, co zobaczyliśmy w tym pięknym mieście opisaliśmy tutaj.

Sant’Agata Bolognese – Bolonia: 31 km

Malowane miasto Dozza i kręte drogi do Brisighelli

Pobyt w upalnej Bolonii dobiegł końca. Przyszedł czas na kolejne podboje. Nasza trasa prowadziła do Rimini na błogie plażowanie i zajadanie się włoskimi specjałami. Po drodze jednak zajrzeliśmy do położonej na wzgórzu Dozzy, gdzie podziwialiśmy ścienne obrazy, a więcej o tym znajdziecie we wpisie „Malowane miasto Dozza”.

Bolonia – Dozza: 35 km

Potem ciekawość zaprowadziła nas bardzo krętymi i wąskimi drogami do Brisighelli – miasteczka uznanego w 2015 roku za najlepsze miejsce do życia w rankingu Slow City. Ranking stworzony został na podstawie zadowolenia z życia mieszkańców tego miasta.

Sama miejscowość położona jest na wzgórzach i znajdują się tam liczne historyczne obiekty: twierdze, zameczki, kościoły, które można zwiedzić kolejno, podążając szlakiem malowniczo położonych ścieżek i schodków. Aby tego dokonać trzeba mieć troszkę kondycji, ale warto. Największe atrakcje to Rocca Dei Veneziani, Torre dell’Orologio, Museo Geologico, Rocca Manfrediana i sanktuarium Monticino. Warto też przejść się zabytkową, aczkolwiek wciąż zamieszkaną ulicą pod arkadami – Via del Borgo o degli Asini.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dozza – Brisighella: 35 km

Błogie lenistwo w Rimini

Z Brisighelli kierowaliśmy się już prosto do nadmorskiego Rimini. Korki na trasie były potworne, szczególnie uciążliwe przy bramkach na autostradzie, choć raz udało nam się oszukać system i nie wiedzieć czemu ominęliśmy kilkukilometrowy korek, jadąc wzdłuż autostrady dwupasmową pustą drogą.

Brisighella – Rimini: 86 km

W Rimini spędziliśmy kilka niezapomnianych i relaksujących dni. Każdy dzień był inny, czasem było imprezowo, czasem leniwie, innego dnia romantycznie. Pogodę mieliśmy cudowną, nawet jeśli na horyzoncie nad morzem było widać burzę, ona nigdy nie docierała do wybrzeża. Doświadczaliśmy pięknych zachodów Słońca, a samo miasto bardzo zmieniło nasze początkowe nastawienie do niego, jako do kurortu. Jeśli jesteście ciekawi co oprócz plaż i barów, ma do zaoferowania Rimini, koniecznie przeczytacie ten wpis.

Dodam jeszcze, że jak przystało na motoryzacyjny trip po Włoszech, nie mogło zabraknąć takiego akcentu również tutaj. Ostatniego wieczoru trafiliśmy przypadkiem na paradę zabytkowych samochodów. Właściciele starych aut, pasjonaci, często już całkiem leciwi, przejechali ulicami tuż obok naszego hotelu, kiedy właśnie wyruszaliśmy na wieczorny spacer po plaży. Potem cały wieczór samochody zaparkowane były wzdłuż wybrzeża, więc ponownie mogliśmy je podziwiać.

Wypad na jeden dzień do San Marino

Jako że nie znosimy siedzieć długo w miejscu, jeden dzień przeznaczyliśmy na wypad do San Marino. Wycieczka zajęła nam cały dzień. Było wspaniale i bardzo wszystkim polecam odwiedziny w tym mieście-państwie. Widoki, jakich zaznaliśmy, spacery murami miasta, charakter tego miejsca i inne wrażenia opisaliśmy w osobnym wpisie.

Rimini – San Marino: 20 km

Powroty bywają trudne – przystanek w Comacchio

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Nasz kolejny eurotrip powoli dobiegał końca. Rimini opuszczaliśmy w strugach deszczu. Zaczęło padać, jak tylko minęliśmy tablicę miasta. Może dzięki temu było nam troszkę mniej żal wyjeżdżać.

Na naszej trasie znalazło się jeszcze jedno włoskie miasteczko na wodzie – Comacchio. Było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo choć znajdowało się tam wiele zabytków, a ulice poprzecinane były licznymi kanałami i mostami, to miejsce było raczej zaniedbane i biedne. Opuszczone domy, gałęzie drzew wystające z powybijanych okien, obdarte mury to widoki, które wcale w Comacchio nie były rzadkością. Być może z biegiem lat sytuacja się poprawiła, więc zachęcam Was do odwiedzin będąc przejazdem.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nasze mieszane uczucia przypieczętowały problemy z samochodem, które zaskoczyły nas, kiedy chcieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Na szczęście udało nam się im zaradzić samodzielnie, bo poszukiwanie pomocy we Włoszech podczas weekendu mogłoby być problematyczne.

Rimini – Comacchio: 100 km

Dalszą drogę do Austrii pokonaliśmy w lekkim stresie, a pogoda drastycznie się zmieniła. Ciężkie chmury, deszcz i 12-stopniowa temperatura na dworze towarzyszyła nam do aż do Baden, gdzie mieliśmy nocleg.

Termy w Baden bei Wien

Nie pamiętam już czy przez przypadek, czy zamierzenie zabookowaliśmy pokój w hotelu Thermenhotel Gutenbrunn, w którym miał zwyczaj przebywać Franc Joseph. Klimat tego miejsca był faktycznie dość cesarski, ale też taki… sanatoryjny. Wysokie sufity, rzeźby, wytworny salon i goście przechadzający się korytarzami w szlafrokach. Przy samym hotelu znajdowały się termy. Był już późny wieczór, ale mieliśmy szczęście, by jeszcze rzutem na taśmę skorzystać z dobrodziejstw basenów termalnych.

Comacchio – Baden bei Wien: 731 km

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

To, co utkwiło mi w pamięci to nasza kolacja. Godzina 22:30, my wściekle głodni po kąpielach, a w pobliżu żadnej restauracji. Z zapasów została nam jedna pasztetowa konserwa i kawałek pieczywa. Smakowało nam to wybornie. Na śniadaniu stawiliśmy się chyba jako pierwsi ze wszystkich gości. Ufff najedzeni poszliśmy jeszcze na spacer po Baden i choć było chłodno, to miasteczko okazało się bardzo malownicze, ukwiecone, lekko pachnące zgniłym jajem (to za sprawą wód termalnych). Na każdym rogu znajdowała się jakaś pamiątka związana z cesarzem lub cesarzową – jak to w Austrii bywa 😛

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Odwiedziliśmy ogród różany, przeszliśmy pod domem Bethovena, dyskutowaliśmy o wyraźnej różnicy między polskim a niemieckim i austriackimi emerytem. Ten pierwszy wydający większość emerytury na leki i opłaty, ten drugi punkt 10 rano zmierzający z uśmiechem do kawiarni na śniadanko w towarzystwie swoich rówieśników… Sami wiecie…

Dalsza trasa z Baden do Warszawy przebiegła nam bez zakłóceń. Cały dzień w trasie sprawił, że stolicę i dom przywitaliśmy z nieskrywaną radością i ulgą 🙂

Baden bei Wien – Warszawa: 712 km

Tak zakończył się nasz kolejny eurotrip. Zupełnie inny od poprzednich, a jednak równie wyjątkowy, pełen atrakcji i jak dotąd ostatni tylko we dwoje. Pewne jest, że pozostawił w naszej pamięci mnóstwo pięknych i kolorowych wspomnień.

Podróże samochodem po Europie są naprawdę super! Polecam!

K.